Niech nam ziemia lekką będzie.
Dzisiaj temat funeralny, czyli smutny.Nie smutny z powodu umierania, przemijania, straty, a smutny z powodu związanych z tym kosztów.
W pewnym mieście powiatowym w środkowej Polsce jest cmentarz. Jakiś czas temu był to cmentarz komunalny ale któryś w dawnych włodarzy miasta postanowił przekazać go w zarządzanie kościołowi. Tak w ramach przymilania się do kleru.
Cmentarz w Polsce to fabryka pieniędzy. W zasadzie bezinwestycyjna, bo koszt działalności to tylko wywożenie śmieci i pensja ciecia który od czasu do czasu zamiecie główne alejki. Fabryka pieniędzy z kontraktami długoterminowymi bo zarabia nie tylko na nowych pochówkach, ale na wszystkich pochówkach które kiedykolwiek się tam dokonały.
Mówiąc prościej, trzeba płacić za przywilej spoczynku nieboszczyka w tym akurat miejscu.
Do niedawna opłaty za utrzymanie grobu były umiarkowane. Różniły się oczywiście w zależności od prestiżu miejsca, inne były na Powązkach a inne na cmentarzu w Pipidówie , ale nie wysysały krwi z żyjących.
I na opisywanym tu cmentarzu wynosiły 500 zł na 10 lat. Tak było do lutego 2026 kiedy to zarząd cmentarza postanowił podnieść je od razu o 140%. Tak „od strzału” jednoosobowo, nieodwołalną decyzją. Za pojedynczy grób istniejący tam od dziesięcioleci należy zapłacić teraz 1200 zł.
Opłaty za miejsce na cmentarzu komunalnym są określane przez władze gminy lub miasta w zależności od tego do kogo należy teren cmentarza. Stanowią punkt obrad Rady Miasta i można przynajmniej teoretycznie mieć wpływ na ich wysokość poprzez „swojego” radnego.
W przypadku cmentarza parafialnego jest to jednoosobowa decyzja zarządcy, czyli proboszcza. Po prostu księżulo wstaje rano, zagląda do portfela sprawdzając ile wczoraj przegrał w karty i ustala nową opłatę za miejsce na cmentarzu oraz minimalną wysokość „cołaski” za inne posługi.
Trywializuję oczywiście, ale robię to po to aby uwypuklić patologię panoszącą się w sferze bolesnej dla żyjących krewnych i na ich bólu żerującą.
Obowiązujące w Polsce przepisy dotyczące pochówku osób zmarłych reguluje ustawa z roku 1959. Dopuszcza ona pochówki tylko na cmentarzach i katakumbach przeznaczonych do pochówku zmarłych.
Oznacza to że nie można prochów dziadka rozsypać w jego ukochanym ogrodzie, na łące lub na tafli jeziora gdzie dziadek uwielbiał wędkować. Nie można też trzymać urny z jego prochami w domu.
Wyjątkiem jest pochówek w morzu, ale może on się odbyć tylko przy spełnieniu określonych warunków, czyli zgon nastąpił na statku (okręcie) i nie ma możliwości aby statek dopłynął do portu w ciągu 24 godzin. To jedyny wyjątek. W pozostałych przypadkach jesteście skazani na cmentarz.
Nawet zyskujące na popularności „pochówki ekologiczne” czyli połączenie prochów zmarłego z żyjącymi roślinami odbywają się na terenach mających status cmentarza.
Sejm różnych kadencji wielokrotnie próbował się dobrać do tych przepisów i za każdym razem lobby funeralne nowelizacje utrącało.
Przechodziły jakieś tam pierdoły o zdygitalizowanej centralnej bazie grobów, czy elektronicznej karcie zgonu, ale problemu zasadniczego czyli wyboru miejsca pochówku poza cmentarzem nikt nie dotykał. Zbyt wiele osób i instytucji na tym zarabia.
Jednorazowy wydatek w wysokości 1200 zł na 10 lat wydaje się niewielki. To zaledwie 120 zł rocznie. Ale niestety jest płatny w całości a wzrost opłaty o 140% szokujący. Dla emerytów, rencistów i osób niezamożnych jest to zaskoczenie.
Niezapłacenie może skutkować likwidacją grobu i ponownym sprzedaniem tego miejsca komuś bogatszemu.
Właśnie w tym miejscu te przepisy wkurzają mnie najbardziej, bo takie postępowanie ociera się o profanację pochówku. W dodatku jest to podlane sporą dawką hipokryzji, bo pochowanie urny z dziadkiem w jego własnym ogródku jest określane jako profanacja zwłok, a wykopanie dziadka z grobu na cmentarzu i wyrzucenie jego szczątków do śmieci czy wsypanie do jakiegoś zbiorowego dołu profanacją nie jest.
Nieoficjalnie wiadomo, że „atrakcyjne” lokalizacje, przy głównych alejach, w pobliżu kaplicy czy niedaleko od bramy cieszą się sporym popytem i zarządcy cmentarzy wystawiają je na swoiste licytacje.
Pomyślcie co by było z historią materialną, gdyby poprzednie pokolenia począwszy od Kultury Wielbarskiej likwidowały pochówki aby handlować atrakcyjnymi miejscami na kurchan?
Czy tak jest zawsze i wszędzie w Polsce? Otóż nie.
Moja babcia należała do „nimickiej parafii” (jak to określali bogobojni katoliccy Łodzianie) czyli do Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego.
I przynależność do „nimickiej” parafii dawała jej miejsce na „nimickim” cmentarzu, pięknym i zabytkowym cmentarzu przy ulicy Ogrodowej w Łodzi. Grób babci jest naszym grobowcem rodzinnym. Na tym cmentarzu są pochowani również inni nasi krewni.
Cmentarz jest zarządzany przez parafię Ewangelicko-Augsburską w Łodzi i opłata za utrzymanie grobu wynosi… co łaska. Naprawdę „co łaska” bo jest dobrowolnym datkiem na potrzeby cmentarza. Niektórzy dają po kilka tysięcy, niektórzy kilkaset złotych. Wszystko zależy od stopnia zamożności.
I co rzadko spotykane w Polsce – nikt nie kantuje. Jeżeli ktoś jest bogaty, płaci hojnie (bez przymusu, z własnej woli) jak ktoś jest naprawdę biedny to nawet może być z opłaty zwolniony, choś ludzie płacą, nawet symbolicznie. Nikt nie szachruje, bo okłamywanie pastora to tak jak okłamywanie Boga. Jest nieetyczne i nieuczciwe wobec innych.
Jakoś się to Ewangelikom bilansuje. Może dlatego że całość tych dobrowolnych opłat idzie na koszty związane z utrzymaniem cmentarza. Parafia nie kantuje, bo gdyby parafia kłamała w tej sprawie to byłoby to nieetyczne, nieuczciwe wobec Boga, wiernych wyznawców i darczyńców.
Taka anomalia jak na Polskę.
Ważna uwaga. Wyżej opisany system dotyczy tylko członków kościoła i tych którzy już tam mają swoje grobowce.
Ktoś „z zewnątrz” gdyby chciał mieć grób wśród najznamienitszych rodów łódzkich przemysłowców, musiałby zapłacić jakąś zaporową cenę.
Takie sytuacje zdarzają się bardzo rzadko, bo katolicy pogardzają „nimickim smyntarzem”. Tam leżą lutry i odszczepieńce które nie szanują Mateczki Niebieskiej i Ojca Świętego w Rzymie.
A na koniec opowiem Wam ciekawostkę.
Gdy kilka lat temu rozmawiałem z pastorem Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w sprawie grobów i pochówków na parafialnym cmentarzu, wspomniałem że jestem zapiekłym ateistą a nawet wręcz antyteistą i w związku z tym nie mam co liczyć na spoczynek moich szczątków w tym miejscu.
Pastor bardzo się zdziwił. Jeżeli jest tam mój rodzinny grobowiec, to mam prawo być tam pochowany wraz z bliskimi bez względu na to czy jestem wierzący, czy nie.
Ziemia moje prochy przyjmie i nie wypluje a moja babcia już wyszlifowała wszystkie ławki w kościele za kilka pokoleń swoich nawet niewierzących potomków.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz