Druga dekada XXI wieku to czas w którym umarła demokracja.
Winston Churchill powiedział w czasie II Wojny Światowej takie słowa:
„Demokracja to najgorszy system, ale nie wymyślono niczego lepszego”.
Oraz później
„demokracja jest najgorszą formą rządu, jeśli nie liczyć wszystkich innych form, których próbowano od czasu do czasu’’.
Powiedział to dlatego że to rzeczywiście bardzo trudna forma sprawowania władzy. Musisz się liczyć z każdym, każdy ma takie same prawa i nie możesz komuś powiedzieć aby po prostu się zamknął. To znaczy, powiedzieć możesz, ale zamknąć go już nie możesz.
I ta trudna forma rządów trwała sobie do lat dwudziestych obecnego wieku i właśnie umiera.
Polski premier Donald Tusk, rządzący demokratycznie 37 milionami osób ma o wiele trudniej niż dyktator Putin rządzący 144 milionami.
Tusk musi brać pod uwagę zdanie każdego Polaka, czyli 111 milionów poglądów, bo wiadomo że przeciętny Polak ma przynajmniej trzy odmienne zdania na każdy temat.
A taki Putin narzuca swój pogląd każdemu Rosjaninowi i wszyscy się z nim zgadzają bo mają wrodzony gen strachu.
Zgodnie z podstawową rosyjską zasadą wyboru: „Każdy kto jest ZA, może opuścić ręce i odejść od ściany”
Dlatego Putin sprawia że cała Rosja zmienia kierunek dryfu za pomocą jednego dekretu który podpisał przy śniadaniu, a Polska grzęźnie w niezliczonych naradach, posiedzeniach, konsultacjach, głosowaniach.
Demokracja amerykańska, która do niedawna mogłaby być wystawiana w Sevres pod Paryżem jako wzorzec demokracji umarła wraz z wyborem Trumpa na prezydenta.
Za pierwszej kadencji powoli podrzynał jej gardło, a widząc że nie ponosi za to żadnych konsekwencji za drugiej kadencji rozhulał dyktaturę na całego.
Nie zapominajmy o epizodzie ataku na Kapitol pomiędzy kadencjami.
Od czasu „Bostońskiego Parzenia Herbatki” w 1773 roku, był to pierwszy tak jawny atak na demokratycznie wybrane władze w USA, z tym że wówczas, podczas „Boston Tea Party” atak był nie na władze amerykańskie a na angielską administrację kolonialną która raczej demokratyczna nie była. To wydarzenie było podwaliną pod powstanie demokratycznych Stanów Zjednoczonych Ameryki.
A co się stało po ataku na Kapitol w roku 2021?
Demokratyczny prezydent Dziadzio Suwak Joe Biden wezwał dzikusów szturmujących amerykański parlament do „uszanowania tradycji demokratycznych”
kilka osób podało się do dymisji. Wydarzenie uznano za zachowanie przestępcze, wszczęto śledztwo, przejrzano 15 tysięcy nagrań wideo i sporządzono tysiące tomów akt.
Sądy skazały 1500 osób które Trump Ułaskawił w pierwszym dniu swojej drugiej prezydentury a pięciu największych prowodyrów żąda teraz od USA odszkodowania za pozbawienie wolności.
Demokracja – jej mać!
A gdyby Dziadzio Suwak Biden nie był patologicznym demokratą, to cała ta czereda wraz z Człowiekiem Bizonem i oczywiście Trumpem pierdziałaby w pasiaki w jakimś Sing Singu przez długie lata i Trump by mógł zostać co najwyżej wybrany na brygadzistę więziennej pralni.
Tak więc demokracja nam się zużyła i wchodzimy w epokę dyktatur.
Dyktatorzy pączkują nam jak bąble na gnojówce.
Kimowie w Korei, Łukaszenka, Putin, Orban, Trump, Maduro, Castro, teraz na dyktatorkę wybija się Meloni we Włoszech i jeszcze dziesiątki innych wliczając w to afrykańskich kacyków.
I co my biedni zjadacze demokratycznego chleba możemy z tym zrobić? Przecież nie zrobimy światowej rewolucji w obronie demokracji, bo nam to zajmie jakieś dwa tysiące lat dyskusji, sporów, konsultacji, rozmów i głosowań.
Musimy to zaakceptować.
Zanim mnie zatłuczecie (po uprzednim głosowaniu w tej sprawie) przeczytajcie do końca, bo to ważne.
Dyktatura niejedno ma oblicze.
W Imperium Rzymskim które podobnie do dzisiejszego świata przeszło od demokracji do dyktatury w 27 roku p.n.e. rządzili różni cesarze.
Byli wariaci, mordodzierżcy, despoci, a byli też tacy którzy dbali o rozwój Cesarstwa i jego mieszkańców.
Podobnie było w okresie europejskich królestw. Byli dobrzy i źli królowie.
Tak więc dyktatura może mieć dobre i złe oblicza. Może przybierać formę krwawego zamordyzmu jak i łagodnego przywództwa na pograniczu demokracji.
Ważne abyśmy popierali formy łagodne i nie dawali się uwieść na totalitaryzm.
Wspomniany już wcześniej pomarańczowy orangutan Trump uwiódł Amerykanów obiecując przywrócenie Ameryce imperialnej wielkości.
Jeżeli ktoś głosi, że samodzielnie uczyni lub z jego inspiracji stanie się nagle coś wielkiego i spektakularnego i będzie powodem do dumy – to znaczy że jest kłamcą albo wariatem.
Sam to on może posadzić tylko wielką kupę, która niewątpliwie może stanowić obiekt dumy jej twórcy, świadczyć o wysiłku i determinacji.
Im bardziej mizerny dyktatorzyna, tym większe rzeczy obiecuje. Sami się o tym przekonaliście przez rządy Kaczyńskiego który do pozycji dyktatora aspirował, ale był za niski aby pokonać poprzeczkę.
Przez osiem lat dążył do prawdy, gonił króliczka i już miał go złapać gdy ten mu kicał dalej. W końcu owa „prawda” sfilcowała się jak zakopiańskie skarpety i przestała kogokolwiek interesować.
Więc jak Trump obiecywał uczynienie Ameryki z powrotem wielką to z założenia łgał jak Goebbels i każdy przeciętnie rozgarnięty człowiek to łgarstwo był w stanie rozpoznać.
Gdy Ameryka (USA) była wielka, to nie za przyczyną jakiegokolwiek polityka, a za sprawą połączenia dobrej koniunktury oraz kreatywności i zaradności jej mieszkańców (zwykłych Amerykanów) wymuszonej udziałem w II Wojnie Światowej.
To wtedy Amerykanie wymyślili bombę atomową, ale również prefabrykację, jeepy, obieraczki do kartofli i loty na księżyc.
Nie. Roosevelt tego nie wymyślił. To wymyślił Johny z Kentucky wraz z milionami jemu podobnych.
W przypadku takich drobnych rzeczy jak bomba atomowa czy rakiety kosmiczne – wymyślili je imigranci z Europy, ale Amerykanie też mieli swój udział bo parzyli im kawę.
Trump obiecał Amerykanom przywrócenie Eldorado jednoosobowo i oni w to uwierzyli bo zbyt lotni nie są.
Zrobili co w ich mocy dla urzeczywistnienia tej wizji, wstali z kanap przed telewizorami i na niego zagłosowali. Teraz czekają na obiecaną mannę z nieba, ale prędzej doczekają się wojny i zapaści gospodarczej.
Czy w dyktaturze da się żyć?
Oczywiście. Najlepszym przykładem jest tutaj Rosja która w CAŁEJ swojej historii od Iwana Groźnego do dzisiaj miała zaledwie kilkanaście lat demokracji. Na początku XX wieku i troszeczkę za Jelcyna. Cała reszta to dyktatura bez względu czy cara, czy proletariatu.
Rosyjski naród jakoś to przetrwał, chociaż spora jego część wmarzła na stałe w lody Syberi, lub skończyła w masowych grobach z kulką w głowie.
Przyjęli to ze stoickim spokojem, bo taka była wola cara, genseka, prezydenta czy jak tam go zwać.
Przeciętnemu Rosjaninowi nie mieści się w głowie, że może on mieć trzy rozbieżne poglądy na jedną sprawę. Myśli jak mu każą i jest dobrze tak długo jak kartofle w beczce fermentują.
Podsumowując i idąc do puenty.
Dyktatura zaczyna kiełkować w momencie gdy jakaś siła polityczna wyłania z siebie wyraźnego lidera. Potem gdy ta siła zdobywa władzę, to lider naturalnie wysuwa się na pierwszoplanową postać w państwie. I wtedy ma dwie drogi. Albo dotrwa do wyborów które być może przegra i będzie musiał z podkulonym ogonem wrócić w cień, albo zacznie przekształcać swoje rządy w lekki, delikatny autorytaryzm który może nie zlikwiduje, ale nieco przytłumi mechanizmy demokratyczne dla utrzymania w kraju porządku, przyspieszenia reform i zapewnienia rozwoju.
Czego i sobie i Panu Premierowi Donaldowi Tuskowi serdecznie życzę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz